2/10 dla internetów

Ulało mi się, ale posprzątałam. Zostawię jednozdaniowe przesłanie:

INTERNETY POTRAFIĄ ZNIECHĘCIĆ DO WSZYSTKIEGO.

Pozdro.

Reklamy

2/10 cytuje

Z artykułów, nad którymi się znęcałam:

„Odpowiedź może być zawiła, toteż ograniczę się stwierdzeniem bez obszernego uzasadnienia (a być może i zastanowienia).”

„Jak na nieprzypadkowo zaplanowane sylwestrowe przedstawienie, spontaniczność publiczności wynikająca z bycia pod lekkim wpływem alkoholu, dodała szczególności noworocznym celebracjom.”

„Grał wirtuozowsko, niemal nonszalancko swobodnie.”

„Jej wysokie dźwięki, które miały być ekscytującymi momentami, okazały się niewygodnie wykrzyczanym hałasem.”

„Z ekspresją sportretował (…) emocjonalną konfrontację z Elżbietą, zapewniając, że jego uczucie do niej nigdy nie zostanie dopełnione.”

„O tym jednak, iż wokalista miał potencjał świadczyć może inne wielkie nazwisko, które z nim współpracowało.”

Z telewizji:

„(…)ale jego twarz i kariera nie pozostały już takie same.” (Polsat Cafe)

I z forum:

„Czy Ty wiesz, że jego sposób na pocałunek z języczkiem to wsadzenie mi języka do gardła i robienie helikopterka?” (Brak) Seks(u) w małżeństwie

2/10 za „samo przejdzie”

Jechałam sobie ostatnio dość zatłoczonym autobusem. Niedaleko mnie siedziały dwie panie, gadały sobie o wszy… o niczym i o niczym. W którymś momencie jedna, bardzo uradowana, pochwaliła się, że jest przeziębiona i że wiesz, kochana, ona na to przeziębienie nic kompletnie nie brała, bo po co. I kich w jedną stronę, kaszlu-kaszlu w drugą, niech towarzysze podróży też przeziębienie przygarną, a co!

Nie ogarniam, tak bardzo nie ogarniam. Po to są lekarze i po to są leki, żeby pomóc ludziom w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych, tak? Jeżeli, dajmy na to, pani z autobusu wierzy w międzynarodowy spisek koncernów farmaceutycznych, niech zagryza ziółka czosnkiem, niech się podda akupunkturze, niech siedzi w domu i czeka, aż wyzdrowieje, niech zrobi COKOLWIEK. Wszystko mi jedno. Byle nie rozkropelkowywała zarazków półtora metra od mojej twarzy i nie chwaliła się wszem wobec, że olewa sprawę i za parę minut wszystkich pozaraża, do jasnej cholery.

W ogóle ostatnio mam szczęście do ludzi, którzy wymyślają miliony powodów, żeby nie iść do lekarza, a nie widzą miliarda argumentów przemawiających za tym, żeby jednak się tam wybrali. Bo nie mają czasu (nieprawda). Bo się wstydzą rozebrać (nie żeby taki lekarz widywał codziennie po kilkunastu pacjentów, którzy zdejmują przed nim gacie – naprawdę idzie się przyzwyczaić). Bo się boją, że pan dochtór na nich nakrzyczy (jak zasłużyli, to nakrzyczy, a jak nakrzyczy bez sensu, zawsze można się przejść do kogoś innego). I ojejku, i w ogóle, takie biedne robaczki. A tu strzyka, tam boli, siam nie działa, jak powinno.

Ludzie, leczcie się, na bora!

2/10 dla 2/10

Dobra. Przyznaję – poległam. Można we mnie rzucać kamieniami, pomidorami, zgniłymi jajkami, proszę bardzo. Hejtblog 2/10 wziął i umarł, głównie z przyczyn wymienionych w notce poprzedniej. Cóż, takie życie…

JEDNAK. Przecież nie zmarnuję takiego ładnego adresu, prawda? Prawda! Postanowiłam po prostu przeplatać hejty nie-hejtami, pomędzić sobie na różne okołożyciowe tematy, poza rzeczami wkurzającymi poszukać pozytywnych i tyle. Do tego chciałabym przenieść tutaj działalność, uprawianą przeze mnie namiętnie na fejsikowej tablicy, czyli dzielenie się ze światem krzywymi cytatami, na które napotykam jako korektorka oraz czytaczka i których po prostu nie jestem w stanie sama udźwignąć. Bo cytatów bywa sporo i ludzie grożą, że mnie wyrzucą ze znajomych.

Czyli tak – mniej marudzenia, więcej wpisów. I kij.

Aha, jeszcze jedno. Blogasek ma fanpejdża (no jak to tak, robić bezfanpejdżowego blogaska?!), o którym jakoś zapomniałam poinformować. Więc informuję. http://www.facebook.com/dwanadziesiec – to tu. Polecam&pozdrawiam.

2/10 za brak obiektów hejtu

Czuję się dziwnie, ale naprawdę chwilowo nie mam czego hejtować. A przecież nie będę szukać obiektów na siłę, bo nie o to chodzi w całej tej zabawie.

Rzecz jasna, nie jest tak, że wszystko mi się w życiu podoba, rzygam tęczą na prawo i lewo, maluję penisem różowe obrazki. Nie. Dzieją się czasem złe rzeczy, ale takie naprawdę złe, których rozmemływanie na blogasku nie byłoby ani zabawne, ani zajmujące. Mam również poważne tak zwane wąty/wonty do kilku spraw czy tam ludzi, czy tam czegoś, nie wiem, ale wolałabym nie zjeżdżać poniżej pewnego poziomu. Jednak przede wszystkim jest we mnie sporo tęczy, którą może jeszcze nie rzygam, jednak posiadam obecnie w ilościach zniechęcających do szukania dziury w całym.

A ja już niestety tak działam, że jak nie mam w temacie nic do powiedzenia, po prostu siedzę cicho.

Drogi boru, no weź mi ześlij jakieś drobne irytacyjki, takie w sam raz na notkę albo dwie, albo piętnaście!

 

2/10 za filmiki z bachorami

Będzie krótko i nieuprzejmie, za to z rzeczami do obejrzenia (jak ktoś jest masochistą).

Filmiki z kiciusiami są spoko, filmiki ze szczeniaczkami też ujdą, papugi, jaszczurki, misie, mrówkojady – proszę bardzo. Ale na kij ludzie wrzucają w Internety bachory?

Bachory na huśtawce:

Bachor przez płotki (a mama bachora mówi do niego jak do psa, pozdrawiam):

Tresowane bachory:

Bachory na koncercie:

Żeby nie było, nie mam nic przeciwko dzieciom, naprawdę. Bywają całkiem miłe, szczególnie jeśli nie płaczą. Mam za to dużo przeciwko rodzicom, którzy bachoryzują własne potomstwo, robią z niego tresowane małpki w cyrku, zwracają się jak do średnio rozgarniętych zwierzątek domowych i puszczają w świat filmiki, których nie powinni pokazywać nikomu poza najbliższą rodziną (ewentualnie samymi zainteresowanymi w wersji urośniętej).

Tak a propos bachorów – miło się czyta. I dziękuje się boru, że jeszcze nie jest się matką. http://bachormagazyn.pl/

2/10 dla ferii zimowych

Należę do ludzi, którym nie powinno dawać się zbyt dużo wolnego czasu, bo na pewno go zmarnują. Niestety, mam w tym roku jakiegoś wyjątkowego pecha. Najpierw rekordowo długie ferie świąteczo-noworoczno-trzykrólowe, a teraz TO. Trzy tygodnie bez zajęć, bez egzaminów i z jednym „muszę” – muszę napisać w kij rzeczy, które mnie gryzą.

Powinna być jakaś „zima w mieście” dla studentów. Wstajesz rano, jesz śniadanie, przychodzisz na miejsce zbiórki, dostajesz dwie-trzy godziny na naukę lub pisanie, potem zdrowe, zbilansowane drugie śniadanie, wycieczka w ciekawe miejsce, obiad, cztery godziny na naukę i do widzenia, do jutra. Jednak nikt nic takiego nie wymyślił, dlatego cierpię, śpię do (po)południa i nie robię tego, co powinnam.

Nie lubię tego.

Nawet nie chce mi się pomyśleć nad jakimś dłuższym i bardziej zajmującym wpisem na 2/10.

2/10 dla styczniowych pakerów

Postanowienia noworoczne są w porządku, naprawdę. To miło, że ludzie chcą coś zrobić ze swoim życiem. Sama założyłam sobie, że w 2013 osiągnę kilka rzeczy (ale nigdzie moich postanowień nie zapisałam, po co mam w grudniu płakać, porównując plany z realizacją? hy hy hy). I fajnie. Rozwijajmy się, pracujmy nad sobą, odkrywajmy nowe lądy i tak dalej. Ale błagam, Z GŁOWĄ!

Na siłownię zapisałam się dwa i pół miesiąca temu. Umiem już przewidzieć, o której godzinie będzie dziki tłum, a o której wolne bieżnie. Ogarniam więc Siłowniowy Rytm Dobowy, a nawet Tygodniowy.* Myślałam, że to wystarczy… Niestety, nie przewidziałam istnienia Siłowniowego Rytmu Rocznego. A gdybym była mądrzejsza, zrobiłabym sobie miesięczną przerwę noworoczną, nie kupiłabym karnetu, zaoszczędzone miliony monet władowałabym w jakąś megaopłacalną inwestycję i wygrałabym życie. Jednak kiedy drugiego stycznia o mojej ulubionej, spokojnej godzinie ujrzałam totalne oblężenie szatni i sali do ćwiczeń, w swej naiwności uznałam „eeee, to chwilowe!” i radośnie popędziłam do kasy. Kilka dni później przekonałam się, że ta „chwila” może potrwać dużo dłużej niż myślałam…

Tak, już do mnie dotarło. Już zrozumiałam, czemu większości ludzi nie wychodzi realizowanie postanowień noworocznych. Bo prawie wszyscy muszą zacząć pracę i widzieć rezultaty już-teraz-zaraz. W efekcie na początku stycznia tłumy nowicjuszy w dziedzinie odchudzania jak szarańcza atakują kluby fitness i gabinety dietetyków, żeby za chwilę się zniechęcić. Spójrzmy prawdzie w oczy – KAŻDY się zniechęci, jak po raz trzeci w życiu przyjdzie na siłownię i po raz trzeci nie będzie miał na czym ćwiczyć. Po prostu nie ma bata. KAŻDY się zniechęci, jak rozpocznie megarestrykcyjną dietę w najchłodniejszym momencie roku (albo się nie zniechęci, tylko będzie się trzymać diety zębami dopóki nie skończy u psychiatry – mój przypadek). Cholera, wystarczyłoby odczekać kilka tygodni z siłownią, kilka miesięcy z dietą. Zacząć biegać, jak rozpuści się śnieg. A czas między pierwszym stycznia i wzięciem się za siebie wykorzystać na opracowanie mądrego, szczegółowego planu, poczytanie fachowej literatury, nastawienie się psychiczne.

I a nuż w grudniu okazałoby się, że jednak można było?

* Niestety, to moje jedyne związane z siłownią osiągnięcia. Ale cii…

2/10 za „Purpurowe rzeki”

Kryminały pochłaniam w ilościach hurtowych (i, hipstersko, zaczęłam jeszcze ZANIM stało się to takie trendi, dżezi i kul), thrillerów nie czytam wcale. W sumie nie wiem, dlaczego. Tak wyszło.

W każdym razie postanowiłam trochę poszerzyć horyzonty i zapoznać z Prawdziwym Majstersztykiem Genialnego Francuza Przy Którym (majstersztyku, nie Francuzie) Można Się Posikać Z Nadmiaru Emocji I W Ogóle. Genialny Francuz nazywa się Jean-Christophe Grangé, a ów Prawdziwy Majstersztyk nosi tytuł „Purpurowe rzeki”. (No okej, oszukałam, tak naprawdę czytałam też inną powieść tego faceta, „Las cieni”, ale to było już kilka dni temu i nieprawda.) Okładka krzyczy „W stylu Harlana Cobena… Najbardziej niesamowity thriller roku!”. Cóż, co do Cobena – wierzę na słowo, znam gościa tylko z plakatów. Natomiast czytadło istotnie okazało się niesamowite. Nie wiem, co brał autor i dlaczego tak dużo, ale mógłby dołączać próbki do swojego dzieła. Wszystkim byłoby przyjemniej.

Ale po kolei. Co mi się nie podobało?

Po pierwsze – hm, chciałam napisać, że Grangé zapomniał o riserczu, ale właściwie nie do końca chodzi o risercz. Bardziej o wiedzę, którą każdy człowiek z wykształceniem podstawowym powinien przyswoić, a autor jakoś sprytnie tego uniknął. Garść cytatów:

„Jeśli pozbawi pan ciało oczu i rąk, zniszczy pan jego znaki szczególne. Kim jest człowiek, który umiera bez tych znaków? Nikim (…). To jak wrzucanie do wspólnego grobu.” – Dentystom i ich fotkom używanym przy identyfikacji trupów zrobiło się w tym momencie bardzo przykro.

„Niektóre geny są nosicielami chorób. (…) Ludzie łączą się w pary i przenoszą choroby, jak dwa połączone gniazdka, które przewodzą prąd. I dlatego właśnie mówi się, że pokrewieństwo psuje krew. To oznacza, że dwoje rodziców z taką samą grupą krwi ma większe szanse przenieść na potomstwo choroby, których obecności we własnych organizmach nie są świadomi.” – Dude, srsly? Jesteś pewien, że chodziło o grupy krwi?

„- Już znam tonację tej struny fortepianowej – powiedział lekarz Karimowi.

– H-moll?

– Skąd wiesz?” – Nie słyszałam jeszcze o tonacji struny, może przegapiłam jakieś zajęcia w szkole muzycznej? Struna mogłaby co najwyżej odpowiadać dźwiękowi h.

Po drugie – porównania z dupy. Przemyślenia z dupy. Wnioski z dupy. Czyli pisarz próbuje być poetą, ale mu nie wychodzi.

„Doktor Chernecé miał szare, bez wyrazu źrenice, których spojrzenie przypominało wzrok węża. Te źrenice były niczym maleńkie akwaria, w których pływały mordercze istoty, okryte żelazną łuską.”

„Z jego opalonej twarzy wiało egoizmem i obojętnością.”

Po czwarte – fabuła sama w sobie, ze szczególnym uwzględnieniem Spisku Który Wyzwolił Całe Zło.

Po piąte – kwiatki takie jak ten:

„Nagle Niémans uświadomił sobie, że to nie była nieufność, którą odczuwał w stosunku do intelektualistów, ale nienawiść. Nienawidził ich z głębi duszy. Nienawidził ich pretensjonalnego, trzymającego na dystans stosunku do innych ludzi, ich skłonności do opisywania, analizowania, oceniania rzeczywistości, jakakolwiek by była. Te żałosne typy wchodziły w życie, jak się wchodzi do teatru, i wychodziły z niego mniej lub bardziej rozczarowane, mniej lub bardziej zdegustowane spektaklem.” – Ach, ci źli intelektualiści! Żałosne typy, jeden w drugiego! Nie dość, że uważali na lekcjach muzyki, więc pewnie wiedzą, że z jednej struny nijak nie wyrzeźbi się tonacji, to jeszcze a-na-li-zu-ją i o-ce-nia-ją rzeczywistość zamiast żyć pełnią życia! Co za buce!

Po szóste – złe tłumaczenie, tak bardzo złe. Właściwie w niektórych przypadkach trudno wyczuć, czy nawalił autor, czy tłumacz.

Po siódme – nie, po prostu nie! Wszystko nie tak!

W każdym razie polecam „Purpurowe rzeki” każdemu, kto lubi pośmiać się przy thrillerze wieczorową porą.

2/10 dla Spotted: BUW

(Oczywiście, że polajkowałam Spotted: BUW. Muszę wiedzieć, co robi wróg.)

Spotted: BUW to strona, która pojawiła się na facebooku zaledwie dwa tygodnie temu i już ma prawie 7.5 tysiąca fanów. Pomysł jest prosty: „Jesteś teraz w BUWie i nie możesz oderwać wzroku od osoby obok? Napisz o tym do nas, a my opublikujemy Twoją wiadomość anonimowo!”. Czyli: idź do biblioteki, udawaj, że niby chcesz się pouczyć, a tak naprawdę szukaj ładnych/dziwnych ludzi i rzucaj swoimi odkryciami w fejsa. Spora część postów, jak można było się spodziewać, opiewa uroki wybranych studentek UW* i kończy się propozycją wyjścia na kawę/na herbatę/za mąż. I to jest spoko. Co prawda nie wydaje mi się, żeby szczególnie wielu dziewczynom imponowali kolesie, którzy boją się podejść i zagadać, tylko lecą z tym na internety, ale mogę się mylić.

Natomiast za bardzo niespoko uważam wpisy typu „Laska w ciemnych blond włosach w czytelni: idź uczyć się do BUWu, rozłóż Doktryny polityczno-prawne i rozplanuj plan nauki na 5 min nauki:30 min wyjścia na przerwę” (do jasnej, to chyba jej sprawa, nie twoja), „Do dziwnego kolesia w zielonym sweterku siedzącego z dziale historycznym do którego jakiś znajomy mówił: gonzo (sic!).
Przestań drapać się po tyłku gdy myślisz że nikt nie patrzy. To obleśne!” (teraz Gonzo ma przesrane, tak, dzięki tobie) czy „Student albo i nie student w czarnym polarze w czytelni: wszyscy bardzo lubimy pisać prace i uczyć się przy akompaniamencie death metalu płynącym z cudzych słuchawek, ale weź już przycisz.” (podejdź&zwróć uwagę lub przenieś się w inne miejsce). Nie wiem, może jestem dziwna, ale tego typu teksty mocno zalatują mi gimbazą.

Zresztą, cholera, zawsze mi się wydawało, że te wszystkie ploty, jakoby BUW stanowił miejsce lansu, podrywu i spotkań towarzyskich, są mocno przesadzone. Że tak naprawdę prawie wszyscy przychodzą tam pouczyć się, poczytać, poszukać inspiracji do napisania pracy…. a jednak.

No cóż, w końcu są do nauki lepsze miejsca niż biblioteka. Prawda?

Nie?

* Oczywiście, działa to w dwie strony i pojawiają się również posty studentek zauroczonych studentami. I jeden post studentki zauroczonej inną studentką.